Lekarz, który wszczepił najwięcej implantów w polskiej publicznej służbie zdrowia – wywiad z doktorem n. med. Wojciechem Kaczore

Doktor Wojciech Kaczor jest jednym z czołowych chirurgów szczękowych i implantologów w Polsce. Związany przez wiele lat głównie z publiczną służbą zdrowia, co pozwoliło na pracę z pełnym spektrum przypadków, jakie trafiają do specjalisty szczękowego. Pod koniec lipca dołączy do zespołu stomatologów w ALLDENTAL. 

Panie Doktorze, jak to się stało, że rozmawiam dzisiaj z chirurgiem szczękowo – twarzowym, a nie na przykład strażakiem?

W moim przypadku była to naturalna kolej rzeczy, ponieważ mój tata był stomatologiem. Zresztą podobnie, jak ja - chirurgiem. W zasadzie już w szkole średniej asystowałem tacie w prywatnym gabinecie, czasem wykonywałem też drobne prace protetyczne. Wybór był zatem oczywisty – znałem „temat” od podszewki, z wszystkimi trudami i urokami profesji stomatologicznej. No i przede wszystkim, w czasie tych moich „młodzieńczych wprawek” okazało się, że mam do tego predyspozycje i sam czułem, że to coś, co chcę robić. 

Stomatologia ma wiele specjalizacji. Czemu właśnie chirurgia? Czy i tutaj ojcowski przykład zdecydował?

To była raczej konsekwencja tego, jakie przyszło mi odbywać staże w okresie wakacyjnym. Tata pracował w poradni chirurgicznej, gdzie rąk do pracy jest zawsze zbyt mało i okazało się, że po tym stażu wykonałem więcej usunięć niż pozostali studenci w grupie razem wzięci. Po egzaminie zostałem zarekomendowany profesorowi Kowalikowi, szefowi kliniki Chirurgii Szczękowo - Twarzowej w Szczecinie. Aby móc rozpocząć pracę z profesorem, musiałem jeszcze tylko ukończyć wydział lekarski – to był warunek konieczny. Tak się to wszystko zaczęło.

Byłam przekonana, że chirurgiem stomatologiem zostaje się, bo człowiek odkrywa w sobie jakieś pokłady sadyzmu (śmiech). 

(Śmiech) Zdecydowanie nie. Wiedziałem zawsze na pewno, że muszę zajmować się leczeniem manualnie. Nigdy nie widziałem siebie jako periodontologa, czy po ukończeniu wydziału lekarskiego, jako internistę czy pediatrę. Gdybym nawet przesunął się w tamtym kierunku, to również byłaby to chirurgia. Miałem smykałkę do zabiegów i o wiele więcej zapału do nich, aniżeli do rozgryzania problemów medycznych czy studiowania dokumentacji. Lubię coś zrobić i mieć efekt. Proszę sobie wyobrazić pracę ortodonty, który musi czekać na satysfakcjonujący wynik swojej pracy 2 do 3 lat. A chirurgia jest tą dziedziną, gdzie problem, z którym pacjent do nas przychodzi, dość szybko zostaje rozwiązany. Czy to nie fajne? 

Z jakimi problemami trafiają do pacjenci do chirurga szczękowo-twarzowego?

W szpitalu wojewódzkim, gdzie pracuję, problemów jest multum, a ich paleta bardzo szeroka. Od wad gnatycznych, zmian w obrębie zębów, po guzy szyi, zatok szczękowych. Okres letni w rejonach rolniczych obfituje w przypadki nagłe, urazy podczas pracy przy maszynach, w lesie przy obróbce drzewa. Złamania, urwania, rany głowy i twarzoczaszki. Tak naprawdę przerabiamy zagadnienia od estetyki, które w szpitalu jednak stanowią najmniejszy wycinek, przez urazy, aż po nowotwory.

No tak, urazy, widoczne zmiany chorobowe – wówczas szukamy pomocy chirurga. A jak to jest z profilaktyką, z poprawą komfortu życia? Czy pacjenci z takimi oczekiwaniami również do Pana trafiają? 

Jeśli chodzi o poprawę komfortu życia, dwie kwestie odgrywają w tym obszarze zasadniczą rolę. Pierwszą są możliwości finansowe, drugą realia środowiskowe pacjenta. Są społeczności, gdzie brak zęba lub jakaś wyraźna wada w szczęki nie jest czymś, co wpływa na w sposób znaczący na status osoby i jej pozycję w grupie.  Są natomiast takie, gdzie wygląd stanowi istotny element awansu społecznego, a czasem jest wręcz warunkiem koniecznym.

W pierwszej kwestii mamy sporo rozwiązań, które coraz częściej skłaniają pacjentów do wyboru droższych metod leczenia, ale jednak wciąż komfort jest swego rodzaju luksusem.

Czy implantologia rządzi się tymi samymi zasadami, czy może ludzie zwyczajnie boją się ingerencji chirurgicznej, której w przypadku chociażby mostu da się uniknąć?

Myślę, że kluczową kwestią są wciąż finanse, ponieważ medycyna ma tak olbrzymie możliwości, jeśli chodzi o znieczulenie pacjenta, jego zabezpieczenie podczas i po zabiegu, że strach i ból stają się faktycznie drobną niedogodnością.  Lekarze są znakomicie przygotowani, zabiegi przebiegają niezwykle sprawnie.
W Szwecji osobom powyżej 65. roku życia refunduje się 60% środków, zainwestowanych w pokrycie leczenia implantologicznego. To oczywiście wpływa znacząco na liczbę wykonywanych zabiegów. W Polsce refundujemy na razie kotły grzewcze, na implanty pewnie trochę jeszcze musimy poczekać.

Choć muszę dodać, że odkąd zajmuję się implantologią (20 lat temu zrobiłem doktorat w tej dziedzinie), leczenie tą metodą znacząco potaniało, chociaż jakość wykorzystywanych materiałów wzrosła.

Czy w takim razie w ogóle warto podejmować wysiłek inwestycyjny w implanty?

Implanty z całą pewnością najlepszym z dostępnych rozwiązań zastępujących naturalny ząb, choć pozostają nadal tylko sztucznym zamiennikiem. Od momentu, kiedy w latach 60 profesor Branemark wszczepił pierwszy implant, do dnia dzisiejszego pokonaliśmy technologicznie niebywałą drogę. Mamy rozwiązanie, które jest najbardziej zbliżonym do fizjologicznego, rozwiązanie, które umożliwia zastąpienie utraconego zęba bez konieczności naruszania struktur sąsiednich.

Oczywiście każde wypełnienie protetyczne i zastąpienie struktur zębowych jest lepsze niż ich brak, natomiast pozostaje kwestia higieny, trwałości i jakości użytkowania. I tu implanty pozostawiają inne opcje daleko w tyle.  

 

Dziękuję za rozmowę.

Wróć do sekcji: Aktualności